Jagoda na końcu świata – część II

Przed Wami druga część relacji z podróży na koniec świata. Zdążyliście już przeczytać jak wyglądały przygotowania, a teraz zobaczycie co poszło zgodnie z planem… a co poszło zupełnie nie tak.

 

Zacznijmy od tych rzeczy, które potoczyły się zgodnie z oczekiwaniami:

Po pierwsze, przede wszystkim postawiłam stopę na upragnionym końcu świata –zrealizowałam swoje marzenie. To ogromna radość i satysfakcja móc skreślić coś ze swojej listy „do zrobienia” (śmiech). Otrzymałam certyfikat przebycia szlaku na koniec świata, wisi na ścianie, będzie mi przypominał o podróży. Chociaż raczej i tak nigdy jej nie zapomnę (śmiech).

 

Po drugie, przejechałam całą zamierzoną trasę. Z całym sprzętem przy sobie, bez wyręczania się autem czy stopem. Zrobiłam nawet kilka kilometrów więcej, bo przejechałam także wzdłuż części wybrzeża Costa da Morte. Mimo przerażającej nazwy, miejsce jest przecudowne. Dotarłam aż do przepięknego rybackiego miasteczka Muxia.

20160701_163242

Zobaczyłam wiele niesamowitych miejsc, które wcześniej widziałam tylko w Internecie – to takie niesamowite uczucie kiedy widzisz piękną budowlę lub zapierający dech w piersiach widok i mówisz sama do siebie „WOW”! Takie wrażenie zrobił na mnie przepiękny zamek templariuszy w Ponferradzie albo celtyckie miasteczko O Cebreiro w Galicji.

 

Co poszło nie tak?

 

Bardzo zależało mi na przejechaniu Pirenejów, (granica francusko – hiszpańska) i podziwianiu pięknych widoków, jednak pogoda zupełnie mi nie dopisała na tym odcinku. Szczerze mówiąc, było ciężko.

 

W samym środku gór złapała mnie straszna burza. Byłam na otwartej przestrzeni, bałam się, że trafi mnie piorun. Taka ulewa w górach wygląda naprawdę kiepsko. Niebo było zamglone, a widoczność fatalna. Poza tym był to bardzo wymagający odcinek, strasznie wyczerpujący fizycznie, tym bardziej, że było bardzo ślisko. W pewnym momencie myślałam już, że nie dam rady, że jest naprawdę źle. Próbowałam przeczekać największą ulewę. Przykryłam się pokrowcem na rower i specjalną płachtą na ulewy – niewiele to pomogło. Jak tylko widoczność jako-tako się poprawiła ruszyłam dalej. Byłam zmarznięta i przemoknięta, ale powtarzałam sobie w myślach, że dam radę. Jak zobaczyłam zza mgły pierwsze zabudowania to myślałam, że rozpłaczę się ze szczęścia, że udało mi się wyjść z tego cało. Ten odcinek sprawił, że targały mną tak skrajnie różne i silne uczucia… coś takiego wzmacnia na całe życie. Jak to się mówi: „You never know how strong you are, until being stron is the only choice you have”.

20160707_074700

Innego dnia maiłam przygodę przy dość stromym podjeździe asfaltem jakąś mało uczęszczaną lokalną dróżką. Łańcuch spadł i skręcił się w tak niefortunny sposób, że w żaden sposób nie mogłam go naprawić. Już myślałam, że mi się zerwie. Na szczęście los mi sprzyjał i zjawił się jakiś młody mężczyzna.

 

Zawołałam do niego po hiszpańsku i poprosiłam o pomoc. Chłopak spieszył się na autobus, który jeździł w tych okolicach potwornie rzadko. Mimo wszystko pomógł mi (trochę to trwało) – chociaż uciekł mu autobus a ręce miał czarne aż po łokcie. Ja natomiast mogłam dojechać na koniec świata – bo zdarzyło się to już bardzo blisko celu. Uprzedzam pytanie: Nie, nie był wybitnie przystojny.

 

Parę razy zgubiłam drogę – raz nadrobiłam na darmo taki kawał trasy, że miałam ochotę rzucać rowerem. Zawróciłam na miejsce, w którym ostatni raz widziałam szlak i jakimś cudem się odnalazłam. Najadłam się nerwów, ale odbiłam to sobie na kolacji (śmiech).

 

Czego się nauczyłam?

 

Przekonałam się, że nie warto bać się swoich marzeń, nawet tych najbardziej ekstremalnych czy pokręconych. Trzeba podążać ku ich realizacji. Nawet małymi kroczkami.

 

Mam teraz takie poczucie, że niezależnie co się stanie, to i tak dam radę – mam takie poczucie, że mogę liczyć na siebie – chciałam to sprawdzić/ sprawdzić siebie przed samą sobą.

 

Uświadomiłam sobie, że „codzienne problemy są doskonale proste”. Podczas tej wyprawy, każdy dzień miał taki sam schemat. Na początek śniadanie, później trasa do pokonania, kąpiel, pranie i kolacja w jakimś fajnym miejscu. Brzmi monotonnie, ale każdy z tych dni był równocześnie zupełnie inny. Spotykałam innych ludzi (bądź w ogóle ich nie spotykałam), widziałam inne krajobrazy, obserwowałam jak zmienia się otaczająca przyroda itd. Ciekawa perspektywa.

20160708_131648

Poznajesz bardziej siebie, czujesz, ze konkretne uczucia rzeczywiście należą do Ciebie, a Twoje życie rzeczywiście jest Twoje. Czasem ma się chwile zwątpienia: po co tak się męczyć itd. – ale stwierdzasz, że takie jest życie: często bez cierpienia nie ma rekompensaty.

 

Nauczyłam się żyć tu i teraz. Czasami nie ma co za bardzo wybiegać naprzód.

Rozmawiałam z wieloma ludźmi, z innych krajów i nasuwał się jeden wspólny wniosek, że czasami gonimy nie wiadomo za czym i zapominamy o tym, co najważniejsze, dlatego należy się przebudzić: „Don’t dream your life’ live your dream”. Odważcie się spełniać marzenia!