Motocyklem przez Himalaje

Pokonanie na motorze 550 km w ciągu trzech dni nie wydaje się trudnym zadaniem. Jednak przemierzenie takiej trasy po gładkiej nawierzchni to zupełnie inna sprawa, niż przejechanie pół tysiąca kilometrów przez Himalaje – jedną z najbardziej niebezpiecznych tras świata. Podniebna „autostrada” Leh-Manali przebiegająca przez przełęcze, łączące himalajskie szczyty, jest nie lada wyzwaniem. Najwyższy punkt trasy znajduje się na wysokości 5328 metrów. Dla porównania, najwyższy szczyt w Europie – Mont Blanc ma 4 809 metrów wysokości. 

 

^639A38381AF90D5FAE72478084795A52A09177BEA385995AAD^pimgpsh_fullsize_distr

Jak przebiegła podróż? Czy wszystko poszło zgodnie z planem? Co było największym wyzwaniem, a co najcenniejszą nagrodą? O tym jak wielkim sprawdzianem, a zarazem wspaniałą przygodą, była ta podróż dowiedzieliśmy się z samego źródła: Michała, Dyrektora ds. sprzedaży i rozwoju Wyjątkowego Prezentu, który wspólnie z Linasem – litewskim wspólnikiem Wyjątkowego Prezentu, przejechał tę trasę spełniając swoje marzenie.

 

^0CBC2553A7137A0351CFB9B6933D44B320839D5B4BEE8CB2C1^pimgpsh_fullsize_distr

Przyjazd do Indii

 

Dolecieliśmy do Delhi. Ghandi Airport, uznane drugi rok z rzędu za najlepszy port lotniczy na świecie, zrobiło na nas ogromne wrażenie. Wielkie migoczące billboardy, kolorowe szyldy, można było odczuć, że jesteśmy w Indiach – krainie reklamy.

Zjedliśmy pyszne indyjskie śniadanie – dosa, coś a’la naleśniki, które rwane i maczane w orientalnych sosach, smakowały bardzo dobrze. Lekko niewyspani, choć doładowani energią mogliśmy wyruszyć w poszukiwaniu naszego samolotu do Manalii. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w samolocie, już na samym początku spotkaliśmy się z przeciwnościami losu. Z powodu złej pogody nasz samolot nie mógł wylądować na lotnisku Keylong, więc polecieliśmy do oddalonego o 360 km – Chandigarth. Stamtąd musieliśmy udać się lokalną taksówką do Manali. Choć Google Maps pokazywało, że podróż zajmie nam 3-4 godziny, w rzeczywistości trwała dwa razy dłużej. Trasa, którą jechaliśmy jest jedną z najbardziej ruchliwych dróg w tym regionie. Dodatkowo jest bardzo kamienista, pełna zakrętów i wzniesień, przez co przejazd nią zajmuje więcej czasu. W 33-stopniowym upale, jechała z nami dwójka podróżników z Portugalii i Niemiec. W drodze kierowca poinformował nas, że do Indii dotarły deszcze monsunowe, więc przez wszystkie dni naszej motocyklowej wyprawy mogą spotkać nas spore ulewy. Doprawdy świetna wiadomość! Jednak wcale nas to nie zniechęciło. I tak zamiast na 10.00, dojechaliśmy do Manali na kilka minut przed północą, bogatsi o zbiór hinduskich piosenek oraz rewolucje żołądkowe, jak po rollercoasterze 😉

DSC_0114 (1)

Manali

 

Po krótkiej nocy w hotelu, rzeczywiście obudził nas ulewny deszcz, hinduski kierowca nie kłamał. Jednak już w południe przejaśniło się i przestało padać, więc wyruszyliśmy zwiedzać miasto. Oczyszczone porannymi opadami, krystalicznie czyste, górskie powietrze było dla nas butelką orzeźwiającej wody w ciepły letni dzień. Od razu swoim pięknem odurzyły nas wspaniałe widoki – góry, potoki, rzeki, lasy. Natura otaczała nas z każdej strony.

13680262_10154410481438092_8150993866243676283_o

Śniadanie w kawiarni położonej w pobliżu rzeki to coś wspaniałego! Można było zachwycać się bez końca, a do pełni szczęścia brakowało nam tylko jednośladów. Udaliśmy się zatem do lokalnej wypożyczalni. Na miejscu spotkaliśmy się z bardzo świetną obsługę, która pokazała nam na mapie, które odcinki trasy są łagodne, a które niebezpieczne, gdzie zatrzymać się na nocleg, a gdzie na jedzenie. Jednak informacje o ostatnich miejscach gdzie żyją ludzie i gdzieś złapiemy zasięg sieci GSM, interesowały nas najbardziej. Po dokonaniu wszystkich formalności, wypożyczyliśmy słynne Royal Enfield.

DSC_0188

Wyruszyliśmy na przejażdżkę po mieście i na zakupy. Napełniliśmy zbiorniki paliwa, zakupiliśmy zalecane przez tubylców leki na chorobę wysokościową, orzechy i słodycze. Pełnia słońca i wspaniała pogoda, wprowadziły nas w dobry do rozpoczęcia podróży nastrój. Jednak to byłoby zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, motocykl Linasa się zatrzymał. Okazało się, że jest uszkodzony alternator i musieliśmy wymienić pojazd na inny. Spowodowało to lekkie opóźnienie w naszej podróży, gdyż trzeba było wyrobić nowe zezwolenie niezbędne do wyjechania poza miasto. Całe szczęście wypożyczalnia była otwarta w niedzielę. Szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to w Manali, a nie wysoko w górach.

 

Manali – Keylong

 

Gdy tylko Linas odebrał nowy motocykl, wyruszyliśmy na trasę przepełnieni mieszanką zapału, szczęścia, strachu i niepewności.  Po drodze zabraliśmy zapas wody – osiem 2-litrowych butelek  zapakowanych w kartonowe pudła, które przywiązaliśmy do sakw motorów.

DSC_0197

Początek trasy przebiegał samymi dolinami i był bardzo przyjemny, w miarę gładki, w dużej części asfaltowy. Później, gdy już znajdowaliśmy się na większych wysokościach, droga wspinała się po zboczach i przeskakiwała między szczytami w wysoko położonych przełęczach.

DSC_0211

Na tym pierwszym, 120-kilometrowym odcinku: Manali – Keylong, najwyższy punkt trasy sięgał 4 tys. metrów. Wiele słyszeliśmy o niebezpiecznej przełęczy Rohtang La, zwanej stosem zwłok, ze względu na ludzi umierających w złych warunkach pogodowych, próbujących ją przekroczyć. Mieliśmy okazję sprawdzić jej grozę na własnej skórze. Przełęcz łącząca dolinę Kullu z doliną Lahau, okazała się łatwiejsza niż myśleliśmy. Prawda – jest wąsko i kamieniście, jest stromo, tłoczno i wilgotno,  niemniej trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę i przejechaliśmy trasę bez większych trudności.

DSC_0202

Przez cały dzień najbardziej zachwycało nas piękno przyrody. Raz za razem to mnie, to Linasowi wyrywało się z ust ciche „WOW”.  Zielone polany i lasy z czasem ustąpiły miejsca kamienistym pustkowiom, w tle których majaczyły ośnieżone szczyty. Podróż zajęła nam 7 godzin. Często zatrzymywaliśmy się by uchwycić na zdjęciach i filmach przebieg naszej trasy oraz piękno przyrody. Nie przyjechaliśmy w końcu po to, aby zwyczajnie pokonać tę trasę, ale żeby ją przeżyć.

 

Kiedy słońce zaczynało skrywać się za szczytami, dotarliśmy do Keylong – niewielkiej miejscowości, będącej dla większości przyjezdnych jedynie przystankiem na drodze do wielkiej przygody. Możliwie jak najszybszym sposobem znaleźliśmy hotel, co prawda bez ciepłej wody, ale nie zatrzymało to naszych chęci obmycia się z kurzu i pyłu. Wyczerpani, ale szczęśliwi padliśmy na łóżka, z myślą, że jutro czeka nas równie wspaniały dzień.